czwartek, 22 sierpnia 2013

Mój pierwszy pomiar poziomu tkanki tłuszczowej.

Tak jak w tytule, pierwszy raz miałam okazję dokonać pomiaru poziomu tłuszczu w moim ciele. Użyłam do tego fałdomierza (calipera), który pożyczyłam od kolegi. Kiedyś widywałam takie zabaweczki na zdjęciach, nie wyglądały na skomplikowane w obsłudze, więc sądziłam, że taki pomiar to czysta formalność i łatwizna. Niestety, pozory mylą. Oczywiście nie jest to fizyka kwantowa, da się to normalnie zrobić, ale trzeba opanować obsługę.

Tak to właśnie wygląda. To ramię z napisem "press" jest ruchome, chodzi o to, że przy uchwyceniu fałdu skórnego te dwie strzałki muszą być ułożone równolegle, wydaje się proste do wykonania, ale w praktyce trudniej to zrobić precyzyjnie, ponieważ drugie ramie też jest ruchome. Dlatego jak już się uda dobrze złapać, to przez dwie sekundy trzeba to utrzymać i odczytać wynik ze skali, która mówi, ile milimetrów grubości ma nasz fałd. Wg instrukcji, której nie będę cytować, trzeba się zmierzyć w trzech miejscach. Różnią się one dla kobiet i mężczyzn. Kobiety powinny się mierzyć w tych miejscach, przy czym triceps mierzymy z tyłu, w połowie odległosći między ramieniem i łokciem:




Mężczyźni natomiast w tych miejscach:


Zasada jest taka, że chwytamy fałd skóry kciukiem i palcem wskazującym w wyznaczonych miejscach, w odległości od siebie od 5 do 8 centymetrów. Potem odciągamy go od ciała. Trzymając caliper w prawej ręce łapiemy szczypcami fałd w odległości 1 centymetra od kciuka i palca wskazującego i w połowie odległości od ciała, dociskamy delikatnie, następnie ustawiami te dwie strzałki, o których mówiłam wcześniej na przeciwko siebie i odczytujemy wynik. Czynność powtarzamy trzy razy dla każdego miejsca, by wykluczyć pomyłkę, dodajemy wyniki i patrzymy do tabelki, jaki mamy poziom tłuszczu. 

A teraz uwaga, uwaga, bo mówię, ile mi wyszło. Pewnie i tak najbardziej na to czekaliście i z napięcia obgryźliście wszystkie paznokcie ;p No więc.... po trzykrotnym powtórzeniu pomiaru wyszło mi, że mam... (werble....) 20% tłuszczu, w co trochę ciężko mi uwierzyć, więc pewnie mam 21% ;) Możliwe, że po prostu spartaczyłam sprawę i nie umiem się tym posługiwać, niemniej jednak, wynik ten jest dla mnie satysfakcjonujący i żałuję, że nie zmierzyłam się 3 lata temu, ale już po frytach. 

Ktoś z Was w ogóle miał do czynienia z fałdomierzem, korzystacie z niego czy raczej wolicie urządzenia elektroniczne?

EDIT -> Tutaj macie 10 pytań i odpowiedzi, dlaczego akurat ten fałdomierz jest taki dobry, polecam przeczytać niedowiarkom.


P.S.: Lubię, jak lubicie mój funpage ;D

Pozdrawiam!




wtorek, 20 sierpnia 2013

Mała zmiana i dużo wniosków.

Jak wiecie, rutyna to zło i od czasu do czasu wręcz wypada zmieniać przyzwyczajenia. Ja przypadkiem tak właśnie zrobiłam. Otóż, gdy w czerwcu poszłam do pracy i musiałam wcześnie wstawać, każda minuta snu była dla mnie na wagę złota. Spałam więc do ostatniej chwili i potem miałam mało czasu na doprowadzenie się do ładu, o zrobieniu 'mojego' śniadania, czyli nieśmiertelnych płatków owsianych, nawet nie wspomnę. Oczywiście mogłam je przygotować wieczorem, a raczej o pierwszej w nocy po 14 godzinach na nogach, hehe ;] 

Z powodu braku czasu moje śniadanie ograniczyło się do jajecznicy z trzech jajek i kromki chleba z wędliną/serem i pomidora. Na początku myślałam sobie, że pewnie strasznie na tym ucierpię, bo przecież nie dostarczam sobie energii z węglowodanów, a to jest bardzo ważne przy pierwszym posiłku. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wręcz przeciwnie, te trzy poranne jajka 'starczają' mi na dłużej, niż micha owsianki z bananem i mlekiem, po której robię się głodna już po 40 minutach, ale o tym, że się tak działo przypomniałam sobie dopiero niedawno, znacie to uczucie olśnienia, prawda? Tak więc, szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam płatki na śniadanie i wcale za nimi nie tęsknię. Nie raz czytałam, że białko na śniadanie to bardzo dobry pomysł, ale jakoś nie mogłam wyjść z tego kanonu węglowego śniadania, chyba dlatego, że byłam przyzwyczajona do rytuału przyrządzania płatków i słodkiego smaku...

Generalnie, powoli przestaję czcić pięć posiłków dziennie i dochodzę do wniosku, że jest mi z tym bardzo dobrze. Jem wtedy, kiedy jestem głodna, a nie wtedy, kiedy przypomnienie w telefonie woła mnie na papu (ja nie doszłam do tego levelu, ale znam kogoś, kto tak właśnie robił). Absolutnie nie neguję tej filozofii, bo zwyczajnie byłabym wtedy hipokrytką, sama praktykowałam to kawał czasu. Taki sposób odżywiania jest bardzo dobry dla kogoś, kto swoje życie uzależnia od jedzenia - dla mnie zalatuje to lekką paranoją - lub dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z szerokopojętym byciem fit i potrzebuje jakiegoś punktu odniesienia, czegoś co pomoże mu trzymać się w ryzach. Moje początki właśnie tak wyglądały - byłam (a czasem też nie byłam) głodna, ale wiedziałam, że mam zjeść dany posiłek za 40 minut i koniec. Naprawdę bardzo mi to pomogło w ustawieniu się do pionu i ogarnięciu problemów z jedzeniem. W pewnym momencie przestałam się nad tym zastanawiać i chyba właśnie wtedy zaczęłam popadać w rutynę. Teraz kiedy już jestem bardziej dokształcona, że się tak wyrażę, i świadoma tych wszystkich zależności z cyklu 'trzeba jeść x by osiągnać y', jest mi dużo łatwiej, bo nie muszę ciągle się bać, że jak raz zjem pączka o drugiej w nocy, to cała dieta pójdzie na marne i rano obudzę się znowu z tyłkiem jak szafa. Po prostu wiem, na ile mogę sobie pozwolić i kiedy zaczyna się przesada. Ale na takie podejście musiałam długo pracować, do tego chyba też trzeba dorosnąć. 

źródło


P.S.: W życiu nie wpadłabym na to, że owsianka będzie powodem takich egzystencjalnych rozterek ;)



Pozdrawiam!




niedziela, 18 sierpnia 2013

The Versatile Blogger

Pierwszy mam okazję wziąć udział w blogowej zabawie, zostałam nominowana do The Versatile Blogger przez Setterkę, za co serdecznie dziękuję :) W zabawie chodzi o to, by ujawnić 7 przypadkowych faktów ze swojego życia, następnie nominujesz inne blogi, żeby też mogły wziąć udział. Będzie trochę ciężko wybrać tylko 7, ponieważ większość rzeczy w moim życiu jest przypadkowa, ale postaram się.

1. Odkąd pamiętam, jestem kocią mamą. Kocham wszystkie koty, nawet te parchate i bez oka, zawsze kiedy widzę jakiegoś, nie mogę się oprzeć, by podejść i go pogłaskać. Na szczęście koty odwzajemniają moją miłość, zwłaszcza moje trzy krówki.

Kinia, Synek i Pitus <3 td="">
2. Jestem maniaczką kolczyków, w tej chwili mój nałóg jest w stanie uśpienia, ale ciągle myśle, co by tu sobie jeszcze przekłuć. Mam chyba 16 dziur w uszach i jeszcze kilka w innych miejscach ( między innymi pępek, nos, warga, ale nie wszystkie kolczyki teraz noszę).

3. Podobno możnaby stworzyć tomik z moimi złotymi myślami, ponieważ wg niektórych mam dość wyszukane poczucie humoru ;)

4. Odkąd pamiętam zawsze chciałam być fryzjerką. Szkoły fryzjerskiej nie skończyłam, ale spełniam sie obcinając włosy mojemu chłopakowi ( "Żadna fryzjerka by mi tak nie obcięła włosów jak TY"), robiąc dredy i inne włosowe rzeczy.

5. Cierpię na słomiany zapał, nadmierną egzaltację i jeśli już coś mi się podoba, to zawsze jest CUDOWNE, PIĘKNE, ZAJEBISTE!!! 

6. Jestem straszną bałaganiarą, największy problem mam z utrzymaniem porządku w szafie, toteż zawsze w moim pokoju podłoga jest zawalona moimi ubraniami i innymi częściami garderoby.

7. Lubię odgłos odkurzacza, to dziwne, ale jak mama odkurzała, lubiłam sobie uciąć popołudniową drzemkę, jak byłam młodsza. 


Do zabawy nie nominuję nikogo, bo zwyczajnie nie mam kogo, wszyscy ewentualni kandydaci nominację już otrzymali.


Pozdrawiam!