wtorek, 20 sierpnia 2013

Mała zmiana i dużo wniosków.

Jak wiecie, rutyna to zło i od czasu do czasu wręcz wypada zmieniać przyzwyczajenia. Ja przypadkiem tak właśnie zrobiłam. Otóż, gdy w czerwcu poszłam do pracy i musiałam wcześnie wstawać, każda minuta snu była dla mnie na wagę złota. Spałam więc do ostatniej chwili i potem miałam mało czasu na doprowadzenie się do ładu, o zrobieniu 'mojego' śniadania, czyli nieśmiertelnych płatków owsianych, nawet nie wspomnę. Oczywiście mogłam je przygotować wieczorem, a raczej o pierwszej w nocy po 14 godzinach na nogach, hehe ;] 

Z powodu braku czasu moje śniadanie ograniczyło się do jajecznicy z trzech jajek i kromki chleba z wędliną/serem i pomidora. Na początku myślałam sobie, że pewnie strasznie na tym ucierpię, bo przecież nie dostarczam sobie energii z węglowodanów, a to jest bardzo ważne przy pierwszym posiłku. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wręcz przeciwnie, te trzy poranne jajka 'starczają' mi na dłużej, niż micha owsianki z bananem i mlekiem, po której robię się głodna już po 40 minutach, ale o tym, że się tak działo przypomniałam sobie dopiero niedawno, znacie to uczucie olśnienia, prawda? Tak więc, szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam płatki na śniadanie i wcale za nimi nie tęsknię. Nie raz czytałam, że białko na śniadanie to bardzo dobry pomysł, ale jakoś nie mogłam wyjść z tego kanonu węglowego śniadania, chyba dlatego, że byłam przyzwyczajona do rytuału przyrządzania płatków i słodkiego smaku...

Generalnie, powoli przestaję czcić pięć posiłków dziennie i dochodzę do wniosku, że jest mi z tym bardzo dobrze. Jem wtedy, kiedy jestem głodna, a nie wtedy, kiedy przypomnienie w telefonie woła mnie na papu (ja nie doszłam do tego levelu, ale znam kogoś, kto tak właśnie robił). Absolutnie nie neguję tej filozofii, bo zwyczajnie byłabym wtedy hipokrytką, sama praktykowałam to kawał czasu. Taki sposób odżywiania jest bardzo dobry dla kogoś, kto swoje życie uzależnia od jedzenia - dla mnie zalatuje to lekką paranoją - lub dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z szerokopojętym byciem fit i potrzebuje jakiegoś punktu odniesienia, czegoś co pomoże mu trzymać się w ryzach. Moje początki właśnie tak wyglądały - byłam (a czasem też nie byłam) głodna, ale wiedziałam, że mam zjeść dany posiłek za 40 minut i koniec. Naprawdę bardzo mi to pomogło w ustawieniu się do pionu i ogarnięciu problemów z jedzeniem. W pewnym momencie przestałam się nad tym zastanawiać i chyba właśnie wtedy zaczęłam popadać w rutynę. Teraz kiedy już jestem bardziej dokształcona, że się tak wyrażę, i świadoma tych wszystkich zależności z cyklu 'trzeba jeść x by osiągnać y', jest mi dużo łatwiej, bo nie muszę ciągle się bać, że jak raz zjem pączka o drugiej w nocy, to cała dieta pójdzie na marne i rano obudzę się znowu z tyłkiem jak szafa. Po prostu wiem, na ile mogę sobie pozwolić i kiedy zaczyna się przesada. Ale na takie podejście musiałam długo pracować, do tego chyba też trzeba dorosnąć. 

źródło


P.S.: W życiu nie wpadłabym na to, że owsianka będzie powodem takich egzystencjalnych rozterek ;)



Pozdrawiam!




8 komentarzy:

  1. Mądre słowa:) Dają do myślenia i rozmyślań:)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja jestem właśnie na etapie stawiania się do pionu - nawet jak jestem głodna to patrzę na zegarek i mówię sobie "już za godzinkę będę mogła coś zjeść" i masz rację że w tym kontekście 5 posiłków dziennie super się sprawdza. Ale myślę że kiedy człowiek nie ma już problemu z jedzeniem spokojnie można iść dalej.
    Ja też zazwyczaj wsuwam owsiankę na śniadanie, a dzisiaj zjadłam dwa jajka z plastrem sera, pomidorem i rukolą (chleba nie jadam). Musze jednak powiedzieć że czułam się głodna równie szybko jak po owsiance ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać to wszystko zależy od osoby :)

      Usuń
  3. Myślę, że wypracowanie własnego systemu jest tutaj podstawą. Nikt nie powiedział lub nakazał, że trzeba jeść w równych odstępach czasu. Zgadzam się w pełni z tym, że w zależności od tego co i ile zjemy zależy kiedy nasz żołądek upomni się o następną dawkę jedzenia. Przez pewien czas stosowałam posiłki na czas ale nie zawsze po zjedzeniu śniadania o godz. 8 miałam ochotę jeść coś o godz. 11 więc stwierdziłam, że poczekam i zobaczę kiedy mój żołądek upomni się o swoje, później było już z górki bo słuchałam tego co mój organizm "mówi".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to jest najważniejsze, żadna metoda nie jest bardziej wymierna niż znajomość swojego organizmu :) Wystarczy tylko go słuchać i wszystko będzie się robić samo, jeśli chodzi o jedzenie :)

      Usuń
  4. Popieram:) Na początku trzeba wejść w jakieś schematy żeby było łatwiej (albo żeby w ogóle się udało), a potem należy wszystko dopasować do siebie i swoich potrzeb. Każdy jest inny, ma inny organizm. Weszłaś na wyższy level:)

    OdpowiedzUsuń